Karolina Żelazowska, matka dwóch synów objętych edukacją domową. Od wielu lat Karolina_Zelazowska-1konsekwentnie i wszechstronnie rozwija kompetencje swoich synów w ramach edukacji domowej.

Wywiad z Karoliną Żelazowską przeprowadziła Elżbieta Piotrowska – Gromniak, Prezes Stowarzyszenia „Rodzice w Edukacji”.

Elżbieta Piotrowska – Gromniak: Dlaczego edukacja domowa, a nie szkolna?

Karolina Żelazowska: Jesteśmy rodziną migrującą. Na przestrzeni kilkunastu lat, wielokrotnie się przeprowadzaliśmy a razem z nami – nasze dzieci. Etap przedszkolny spędziliśmy głównie w Moskwie. Dobrze wspominam ten czas, były to fantastyczne lata – wspólnego odkrywania świata.
W tamtym okresie zainteresowałam się praktyczną stroną edukacji domowej. Czytałam wypowiedzi prekursorów edukacji domowej, Państwa Budajczyków. Nawiązałam kontakt z Marzeną Reszke, wówczas uczącą dwóch swoich synów.

Niezależnie od racjonalnych przesłanek, wynikających z naszych częstych przeprowadzek, edukacja pozaszkolna zawsze była mi najzwyczajniej bliska. Wychowywałam się w rodzinie będącej dobrym zapleczem wychowawczym i edukacyjnym. Rodzice nie wywierali presji związanej z edukacją, a ja często korzystałam z możliwości poznawania świata poza szkołą. Taki nielegalny unschooling trwał aż do etapu studiów pedagogicznych, na których miałam szczęście spotkać na swojej drodze kilka ważnych postaci, wśród których kluczową była prof. Dorota Klus – Stańska.

E.P. – G.: W jakich okolicznościach podjęła Pani decyzję o edukacji domowej?

K.Ż: Większość kilkulatków wyraża entuzjazm na myśl o rozpoczęciu szkoły. Tak też było w naszym domu. Chłopcy byli zainteresowani nauką, wszystkie znajome dzieci chodziły bowiem do szkoły. Dlatego po kolejnej przeprowadzce, podjęliśmy decyzję o nauce w szkole i chłopcy uczęszczali do placówki publicznej w Polsce.
Zrealizował się klasyczny scenariusz. Starszy syn początkowo był zainteresowany szkołą, jednak już w II klasie szkoła przestała być atrakcyjna. Nauka nie była wyzwaniem, a była nudnym i odtwórczym działaniem. Sprawy interesujące działy się poza szkołą. To właśnie, w połączeniu z propozycją kolejnego wyjazdu zagranicznego, sprawiło że powróciliśmy do idei edukacji domowej.
Zgodnie z procedurą, aby rozpocząć taką formę nauki, należało odwiedzić Poradnię Pedagogiczno-Psychologiczną. Tam otrzymaliśmy pozytywną i wspierającą nas opinię. Edukacja domowa była nam wręcz rekomendowana.
Kolejnym krokiem była wizyta w warszawskiej szkole Salomon, w trakcie której rozmawialiśmy na temat edukacji domowej z dyrektorem Panem Pawłem Zakrzewskim. Oczywiście do rozmowy na temat nauki włączone były dzieci i ich zdanie było najważniejsze – a brzmiało ono „Tak, nawet dziś!”.

E.P. – G.: Czego obawiała się Pani najbardziej?

K.Ż: Decydując się na wyjście poza swoją strefę komfortu, poza strefę znanego, poukładanego życia, liczyłam, że przede mną otwiera się nowe i nieznane, nie zamknięte w sztywne ramy. Staram się nie traktować zmiany w kategoriach rzeczy wywołującej obawy i nie podsycam w sobie niepewności.

E.P. – G.: Co Panią zaskoczyło (mile i niemile)?

K.Ż: Nie przypuszczałam, że po powrocie do edukacji domowej, tak wyraźnie odczujemy zmianę. To niesamowite, ponieważ moje dzieci nie miały trudności w szkole, nie przydarzyło się nic traumatycznego…
Miłe było i jest również to, że działania dzieci są efektywniejsze: ileż są w stanie odkryć, poznać bez presji kartkówki, sprawdzianu czy otrzymania jedynki. Zaskakujące w jakim stopniu, nawet te najmłodsze dzieci, w warunkach dużej swobody, potrafią być odpowiedzialne za swoją edukację.
Miłym zaskoczeniem są również coraz częstsze pozytywne reakcje osób, z którymi na temat edukacji domowej rozmawiam. Na przestrzeni ostatnich lat wiele się w tej kwestii zmieniło.
Jeśli zaś chodzi o niemiłe zaskoczenie… Początkowo prawdę mówiąc miałam poczucie osamotnienia…. Może nie było to zaskakujące, ale jednak było niezbyt miłe.
W tym kontekście zaskoczeniem była otrzymana przed rokiem informacja, jak liczna jest grupa dzieci edukowanych domowo. Podobno w tym roku szkolnym jest to około 2.000 uczniów. Jest ich tak dużo, a jednak trudno było nawiązać kontakt. Mam wrażenie, że spora część rodzin nadal funkcjonuje jakby w ukryciu.
Zaskakującym i niemiłym był dla mnie epizodyczny kontakt z kilkoma osobami, prowadzącymi internetowe dyskusje na ten temat, często nieprzyjemne z wyraźną agresją. Na szczęście trafiłam na grupę „zwykłych” rodzin, dla których najważniejsze jest dzielenie się własnymi doświadczeniami i pomysłami. A jedną z takich rodzin, okazała się rodzina sąsiadów! Nasze dzieci spotykają się, realizują razem zadania, projekty, piszą wspólnego bloga. Karolina Żelazowska

E.P. – G.: Co było dla Pani największym wyzwaniem?

K.Ż: Myślę, że największe wyzwania są jeszcze przed nami.

E.P. – G.: Czy brała Pani pod uwagę powrót synów do szkoły?

K.Ż: Oczywiście. Funkcjonujemy teraz w systemie pozaszkolnym, jednak ważność tej decyzji nie jest wieczna. Utrzymujemy kontakt z różnymi szkołami, m.in. za sprawą udziału w programie Szkoła z Klasą 2.0. czy Mistrzowie Kodowania. Moi synowie jeżdżą do szkół, jeśli mają ochotę wziąć udział w jakimś konkursie przedmiotowym. Staram się podtrzymywać w nas przekonanie, że bywają w Polsce fajne i twórcze szkoły, z nauczycielami przez wielkie N.
Zatem, jeśli pojawią się okoliczności, w których powrót do szkoły będzie najkorzystniejszym rozwiązaniem, podejmiemy wspólnie taką decyzję.
Jestem otwarta na szkoły demokratyczne, takie jak powstająca krakowska „Wolna Chata” lub trójmiejski „Kalejdoskop” albo unschoolingowe, jak grupa Mysiadło, związana z postacią Marianny Kłosińskiej.

E.P. – G.: Jakie przedmioty sprawiły Pani największą trudność?

K.Ż: Na poziomie szkoły podstawowej… nie sądzę aby jakiś przedmiot miał sprawiać nam trudność…
Do dotychczasowych trudności mogłabym, ewentualnie, zaliczyć niechęć młodszego syna do pisania kaligraficznego. Nie przepadał za tym, gdy chodził do szkoły. Twierdził, że nie musi tego ćwiczyć, ponieważ posiada własny charakter pisma. Prawdę mówiąc, nie odnajduję powodu, dla którego miałabym zmuszać go do realizowania pisma kaligraficznego w takiej sztywnej formie. Bardziej cenię dostateczną czytelność pisma, umożliwiającą mi poznanie tego co najważniejsze, czyli treści wypowiedzi.
Zapewne moglibyśmy sprokurować sobie trudności w tej dziedzinie, gdybyśmy próbowali realizować model „szkoła w domu”. Staram się zachęcać do pisania poprzez zabawę tym bardziej, że młodszy syn to kinestetyk. Zatem zamiast krzesła i ławki, organizujemy tor przeszkód. Syn biegnie, robi fikołka, zagląda do słownika ortograficznego, wybiera słowo, wraca do stolika i zapisuje zdanie z użyciem tego słowa. Szykujemy sobie różne gry i zabawy słowne. Losy z zapisanymi tematami wypracowań. Motywujące jest również pisanie na blogu – mamy umowę, że każdy wpis jest najpierw redagowany odręcznie.

E.P. – G.: Jakiej wiedzy, umiejętności zabrakło Pani w edukacji synów, gdzie szukała Pani pomocy?

K.Ż: W przypadku nauki języka obcego zdecydowaliśmy się na nauczyciela. W okresie gdy chłopcy chodzili do szkoły, nauka w klasie szkolnej była nieefektywna. Tak jak większość rodziców, my również zdecydowaliśmy się wówczas na dodatkowe lekcje popołudniowe. Zatem w zasadzie realizujemy to samo, co większość rodzin: płacimy za prywatne lekcje angielskiego, tyle tylko, że organizujemy je w godzinach porannych, a podczas naszych wyjazdów dzieci kontaktują się z nauczycielem korzystając ze Skype.

E.P. – G.: Czy synowie nie czuli się osamotnieni nie chodząc do szkoły? Jak dbała Pani o rozwój ich umiejętności społecznych skoro uczyli się w domu?

K.Ż: Zacznę od tego, że moim zdaniem termin „edukacja domowa” jest dalece niefortunny. Wybrzmiewa w nim groźba izolacji, zamknięcia dziecka w domu. Wiem, że takie sytuacje również mają miejsce, ponieważ różne bywają pobudki podjęcia się edukacji pozaszkolnej. Niektórym rodzinom zależy na odseparowaniu. My spędzamy mnóstwo czasu poza domem, w relacji z innymi ludźmi.
Chłopcy uczęszczają na zajęcia popołudniowe z dziećmi szkolnymi. Podczas zajęć z plastyki, piłki nożnej czy gimnastyki sportowej, spotykają się z różnymi osobami, nawiązują znajomości. Mają liczne grono znajomych i przyjaciół z podwórka. Gdy wyjeżdżamy do innych miast, szybko poznają nowe osoby. Są otwarci, nie sądzę by byli osamotnieni. A jeśli, to nie bardziej niż inne dzieci. Zdarzają się przecież szkoły i domy, w których funkcjonowanie jest „samotnością w tłumie”.
Odnośnie umiejętności społecznych przytoczę anegdotę. Gdy starszy syn miał niespełna 6 lat, wróciliśmy do Polski. Wówczas zastanawialiśmy się, czy – jako 6-latek – ma rozpocząć naukę w szkole w I klasie. O ile nie mieliśmy wątpliwości związanych z jego rozwojem intelektualnym czy fizycznym, tak zastanawialiśmy się właśnie nad kompetencjami społecznymi. Zakładaliśmy, że jako rodzice możemy być w tej kwestii nieobiektywni względem własnego dziecka tym bardziej, że wiele osób komentowało brak przygotowania przedszkolnego jako krzywdzące zaniedbanie.
Pod koniec roku szkolnego, syn trafił do zgranej, funkcjonującej kilka miesięcy grupy zerówkowiczów. Trzeciego dnia jego pobytu usłyszeliśmy od wychowawczyni, że gdyby z całej grupy miała wskazać dziecko o rok młodsze, nowe i nie chodzące wcześniej do przedszkola… zdecydowanie nie byłby to nasz syn.
Nabycie umiejętności społecznych nie wynika wprost z funkcjonowania w przedszkolu czy w szkole. Te kompetencje kształtują się przez wiele lat i na bazie wielu, różnorakich doświadczeń.

E.P. – G.: W oparciu o jakie materiały, podręczniki czy inne zasoby organizowała Pani proces uczenia się swoim synom?

K.Ż: Korzystamy z różnych materiałów. Od znajomych otrzymaliśmy sporo podręczników, do których czasem zaglądamy.. częściej jednak odwiedzamy księgarnię i bibliotekę. Wiele informacji i inspiracji znajdujemy również w Internecie.
Zazwyczaj nie mam przygotowanych materiałów, zanim nie pojawi się idea, np.: pomysł dokąd wyruszamy na wyprawę. Ot, jak dziś, starszy syn postanowił poznać bliżej postać Don Kichota, młodszy potrzebował więcej informacji na temat powstania Wszechświata. Poszukując odpowiednich materiałów, zaspakajających tak różną ciekawość, pod koniec dnia, dotarliśmy do tworzenia plastiku ze skórek banana.
Przygotowane wcześniej konspekty sprawdzają się tylko, jeśli realizujemy konkretne zadania w ramach ogólnopolskich programów edukacyjnych, aczkolwiek i wtedy staram się być elastyczna.

E.P. – G.: Największa radość z edukacji domowej to…

K.Ż: Zadałam to pytanie dzieciom. Odpowiedziały że najfajniejsze jest to, że mogą same decydować czym będą się zajmować. Jeśli jakieś zagadnienie je pochłonie, nie przerywa ich pracy dzwonek. Z drugiej strony, jeśli tego dnia mają ochotę biegać po podwórku, jeździć na rowerze… to robią to. W edukacji domowej nie ma pojęcia lekcja, przerwa, ferie czy wakacje. Dzieci zyskują również mnóstwo czasu, który mogą spędzić na świeżym powietrzu, uprawiając sport, bawiąc się.
A co najważniejsze, mimo specyficznego charakteru pracy męża, mimo pobytu w różnych miastach, nasza rodzina może być w komplecie.

E.P. – G.: Największa trudność to…

K.Ż: Jednak kwestie finansowe. W większości znanych mi rodzin, jedno z rodziców rezygnuje z pracy lub uprawia wolny zawód. Podobnie rzecz ma się i w naszym domu. Od zawsze mieliśmy dobrze zorganizowany budżet domowy, ale w ostatnich latach prowadzimy szczegółowe rachunki. Odkąd zrezygnowałam z etatu, podejmuję się drobnych prac, głównie na zasadzie wolontariatu lub związanych z pracami plastycznymi. Zatem jeśli pojawiają się na moim koncie wpłaty, to należy je traktować bardzo symboliczne. Oczywiście druga pensja byłaby mile widziana.
Wspominając o pracy chciałabym dotknąć również innego aspektu. Otóż w przypadku wielu kobiet, trudnym do wyobrażenia jest rezygnacja z pracy i związanej z tym formy samorealizacji. Osobiście mam obecnie poczucie, że realizuję się na wielu polach, ale wierzę, że dla wielu kobiet tego typu decyzje nie są łatwe.
Warto pilnować czasu „tylko dla siebie”, momentu bez dzieci, tak aby zachować dystans i nie wpaść w poczucie „wiecznej pracy bez urlopu”.

E.P. – G.: Rekomendacje dla rodziców, którzy się wahają…

K.Ż: To co sprawdza się dobrze w jednej rodzinie, nie musi być dobrym rozwiązaniem w innej. Warto samemu spróbować i nabrać przekonania czy nam to odpowiada. Można wykorzystać urlop, okres wakacji lub ferii, spróbować być razem, doświadczać, poznawać i odkrywać. Sprawdzić, czy każdemu w rodzinie sprawia radość taka nauka „nie w szkole”.
Polecam również kontakt z grupami rodziców funkcjonujących w ten lub podobny sposób. Na Facebooku założona jest otwarta grupa edukujących domowo, jednak polecam poszukiwanie grup mniejszych, związanych z określonym światopoglądem lub miejscem zamieszkania (np.: grupa edukacja domowa dla racjonalistów skupia inne osoby niż grupa rodzin wyznaniowych). Warto rozmawiać z osobami mającymi większe niż moje doświadczenie w takiej edukacji.
W moim odczuciu możliwość realizowania edukacji domowo, to szansa dla rodzin migrujących, ale również dla dzieci o specyficznych potrzebach edukacyjnych oraz dla dzieci wybitnie uzdolnionych. Pamiętajmy, że dziecko wcale nie musi rezygnować z kontaktów ze szkołą. Wiele zależy od dotychczasowych doświadczeń dziecka, światopoglądu rodziców oraz dobrej woli dyrekcji i grona pedagogicznego.
Znane są mi historie dzieci intensywnie trenujących, które należały do grona klasy, brały udział w szkolnych uroczystościach. Natomiast realizowana formuła edukacji domowej, umożliwiała lepsze gospodarowanie czasem. Niektóre przedmioty były realizowane w domu, a niektóre zajęcia w szkole.
Myślę, że niebawem dotrzemy do momentu, w którym wybór między edukacją domową a szkołą, nie będzie wzbudzać kontrowersji. Podobnie jak naturalnie traktujemy decyzje o nauce w szkole publicznej lub niepublicznej, mimo że jeszcze kilka lat temu podobne emocje towarzyszyły decyzjom o nauce w szkołach społecznych lub prywatnych. Różnorodność jest bogactwem.

Autorką rysunku jest Karolina Żelazowska. Rysunek zamieszczony za zgodą autorki.