W dniu 21 maja 2009 r. odbyły się warsztaty Jak zaplanować pracę – czyli układamy harmonogram pracy Rady Rodziców. Zajęcia prowadziła Lucyna Bojarska doświadczony pedagog, pierwszy społeczny Rzecznik Praw Ucznia w warszawskim Kuratorium Oświaty, wieloletni pracownik Biura Rzecznika Praw Dziecka broniąca wielokrotnie praw dzieci w sądach, autorka książek :
– „Dziecko w szkole”
– „Prawa człowieka w szkole”
– „Od walenia po łapach do zmarszczenia brwi, czyli o środkach dyscyplinujących w szkole”

 „Co może robić Rada Rodziców?”
Błąd! Błąd! Błąd!
Kardynalny błąd w rozumowaniu.
Zapytaj raczej:
„Czym się powinna zajmować?”
I nie pytaj o to żadnych fachowców. To nie ma sensu. Na tym etapie nie mogą Ci powiedzieć nic, co naprawdę mogłoby Ci się przydać.
Bo każda szkoła i każde środowisko lokalne jest inne, ma inne potrzeby, braki, oczekiwania i wymarzone perspektywy.
Dlatego właściwe odpowiedzi mogą przyjść tylko z tego środowiska.
Czyli – zapytaj o to pozostałych rodziców, najlepiej – wszystkich.
Jak to, na miłość boską zrobić?! W szkole, do której chodzi 700 uczniów?!
Spokojnie, to się da zrobić.

Kiedy całe prezydium Rady będzie przekonane, że taka „odpytka” jest niezbędna, na pewno wymyślicie dobry sposób, by to przeprowadzić tak, żeby nie tylko wszyscy czuli się przepytani (co ważne), ale przede wszystkim – czuli się z uwagą wysłuchani (bo to najważniejsze).

Dlaczego ja się skupiam na tych sprawach, mimo, że przecież w tej chwili rozmawiamy o… forsie?
Bo przy zbieraniu jakichkolwiek datków na jakikolwiek cel trzeba pamiętać o paru kardynalnych zasadach: • ludzie lubią dysponować swoimi pieniędzmi
łatwiej z nimi rozmawiać o datku, kiedy wiedzą, na co dają, a jeszcze łatwiej, kiedy mogą o tym decydować

• ludzie wolą być nagradzani niż karani
zamiast zwyczajnej w szkołach „ściągalności”, lepiej zachęcać chwaląc się tym, że wspólnie zaprojektowane inicjatywy wchodzą w fazę realizacji, a zatem – również – finansowania.

• ludzie chętniej płacą, niż rozdają pieniądze
czyli – „potrzebujemy: 1450 zł na zatrudnienie animatora teatru, żeby z grupą wybraną w wyniku ogólnoszkolnego castingu przygotował wybraną w plebiscycie komedię Szekspira; 94 zł na oprawę (superbajerancką) dyplomów dla klas za wygrane w konkursach ogłoszonych przez RR (1. konkurs wiedzy o historii średniowiecznej, 2. walentynkowy konkurs na recytację poezji miłosnej, 3. konkurs na „Wypracowania Miesiąca”, 4. konkurs na najlepszy artykuł o klasowym biwaku, 5. międzyklasowy konkurs na najlepiej zorganizowaną dyskotekę dla całej szkoły); 787 zł na zakup materiałów do renowacji tapicerowanych mebli z odzysku, które mają stanąć w głównym holu oraz w atrium; itd, itp.

• ludzie chętniej włączają się w coś „dużego”, niż „drobnego”
wielu z nas nie da ani grosza na operację dziecka sąsiadki, ale poleci do miasta w deszcz, żeby wrzucić pieniądze do puszki WOŚP. Z wielu powodów, nie tylko głupich i płytkich. Choć – jakie by nie były, jako „proszący” i tak musimy je w pokorze i ze zrozumieniem uwzględniać

• ludzie lubią zobaczyć efekty swojej dobroczynności
jeśli po jednej akcji zbierania datków ładnie pokażemy, co uzyskano, następnym razem utrzaskamy więcej. Dobrze jest się uczyć wdrażania tej zasady od prawdziwych Mistrzów – czyli właśnie od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – są w tym najlepsi na świecie… Twardo przestrzegane zasady transparentności i pokazywania ludziom, na co się złożyli (czyli rozliczanie się nie tylko „sprawozdankiem” ale i postawieniem efektów przed oczy darczyńców sprawiają, że z roku na rok datki na powszechnie popierany cel płyną szerszym strumieniem

W dodatku Polacy nienawidzą podatków. I oprotestowują je, kiedy tylko mogą. Fundusz RR jest w tej chwili „podatkiem” od którego najłatwiej się wywinąć. Żeby „obejść” ten opór, zrób wszystko, żeby ten „nielegalny podatek” zmienić w dobrowolny datek. Najlepiej – wzbogacony jeszcze deklaracją: „I kiedy będziecie to robić, dajcie znać, stanę na głowie, żeby jakoś pomóc…”

To nie jest jakieś niezwykle trudne, bo ludzie zawsze chętniej angażują się w działania, w których ustalaniu sami brali udział, niż w narzucone.
No dobra, ale jak to z nimi ustalić, a przede wszystkim – skąd się dowiedzieć, czego oni chcą?!
Jest parę sposobów.

„Zwykłe, ludzkie ploty”
Od wielu lat, nauczona tego przez moich przyjaciół górali, na wszystkich możliwych szkoleniach tłumaczę liderom szkolnych organów i organizacji:
„Plotkujcie! Inwestujcie czas w chodzenie na ploty w waszym środowisku. To ważne. Pamiętajcie, że plotki były zwornikiem społeczeństw, nim wymyślono masmedia. To media, sprzedając nam mało istotne plotki o nieistotnych dla nas ludziach, oddaliły nas od dobrych, potrzebnych, lokalnych plot! O tym, co ludzi trapi i czego im potrzeba, nie można się dowiedzieć z radia ani z telewizji. Wyłącznie – w bezpośredniej, nie pospiesznej rozmowie przy kawie, herbacie czy piwie.

Jeśli chcecie wiedzieć, co trzeba i co warto robić w waszym środowisku, musicie nauczyć się „pozytywnie plotkować” – znaleźć czas na wypytywanie o obawy, kłopoty, żale, wysłuchiwać ich starannie i szybko przetwarzać na pytanie: „No popatrz, rzeczywiście… to co my z tym zrobimy? Bo wiesz co, myślę sobie, że gdyby… Jak myślisz? Albo może…. Pomyśl nad tym, pogadaj z innymi, popytaj, ludzie mają mnóstwo pomysłów… Przy okazji pewnie znajdziesz ludzi, którym też sprawa leży na sercu, więc się prawdopodobnie dadzą namówić na udział w rozwiązywaniu…Ja też popytam bo problem jest poważny, no nie? Jakoś to razem przewojujemy. To co, może byśmy się spotkali za jakieś parę dni, co? A wcześniej, jakbyś miał jakiś pomysł, to zadzwoń, jak ja na coś wpadnę, zadzwonię do Ciebie, dobra?…”

No i popatrz – nie dość, że się dowiedziałeś o czymś poważnym, co trzeba koniecznie zmienić, to jeszcze od razu wkręciłeś w pracę koncepcyjną (a jeśli pociągniesz to dalej – to i w bezpośrednią realizację) człowieka, który dostrzega problem i jest żywotnie zainteresowany w jego rozwiązaniu. W dodatku zachęciłeś go do przeprowadzenia rekrutacji realizatorów działania…
No, no, no!
Niezły wynik, jak na jedną kawę u sąsiadów…

„Podsłuchiwactwo”
Chyba nie mogę być żadnym wzorem osobowym – nie dość, że kocham ploty, to jeszcze podsłuchuję przy każdej nadarzającej się okazji. W dodatku – wyciągam z tego wymierne korzyści.

Na przykład ostatnio pasjami biegam na Fora Rad Rodziców. I z pasją podsłuchuję to, co ludzie tam mówią. Z wypiekami wsłuchuję się w to, co ludzie opowiadają o swoich kłopotach, potrzebach, a przede wszystkim – sukcesach. I szybko lecę roznosić plotę po moich znajomych, którzy szukają pomysłu na podobne problemy.

Na przykład na ostatnim takim Forum pani Bożena z Bemowa opowiadała o tym, że ich RR wprowadziła zwyczaj wysyłania co miesiąc do wszystkich rodziców listów, w których informuje ich na bieżąco o tym, jakie (szczegółowo!) planuje się wydatki, dlaczego takie, co Rada chce przez to osiągnąć, co planuje. W pierwszych listach wyjaśniano, co to jest RR, czemu i jak ma służyć. To są prawdziwe, papierowe listy, w prawdziwych kopertach, adresowane imiennie i przekazywane rodzicom za pośrednictwem ich dzieci. I co?! I opłaca się, jak mało co! Bo się okazało, że nie tylko wzrosło poczucie rodziców, że ta rada jest ich i że w związku z tym warto się angażować w jej działania, w najgorszym przypadku – wpłacając tylko jakieś datki, ale Radą Rodziców zaczęli się interesować również… uczniowie. Oni też czytają te listy, jak się okazało. Czyli – następne pokolenie rodziców będzie już znacznie lepiej przygotowane do działania, niż nasze…

Minęło parę dni od moich gorączkowych telefonów, a już miałam informacje „w odwrotną stronę” – parę Rad Rodziców w różnych krańcach Polski siadło do przygotowywania takich listów, które popłyną do rodziców najbliższą jesienią. I pytania: „Słuchaj, nie możesz poprosić tej pani, żeby dała ściągnąć te pierwsze listy? Po co mamy siedzieć nad czymś, kto już wcześniej ktoś wymyślił i zadziałało?…”
No, właśnie…
Po co?
Pewnie, że poproszę.
Na wszelki wypadek po zakończeniu Forum przysiadłam się do pani Bożeny i wyprosiłam od niej telefon i adres mailowy…

Szczerze mówiąc – przede wszystkim dlatego, że opowiadała ekscytujące rzeczy o tym, jak jej RR zorganizowała spotkanie z Samorządem Uczniowskim i (z pewnym trudem i nie od razu) dowiedziała się od niego szczegółowo, jakie są problemy i bolączki uczniów, żeby to potem szczegółowo omówić z Radą Pedagogiczną. Czyli – sięgnięto tym sposobem do najistotniejszych zasobów informacji potrzebnych do określenia czym powinna się zająć Rada Rodziców tej konkretnej szkoły.
Brawo!

Lucyna Bojarska