Obecność rodziców w szkole to zagadnienie, które w polskim edukacyjnym dyskursie publicznym jawi się jako kwestia uregulowana i oczywista. Wiadomo, że rodzice zjawiają się w szkole nie z wyboru, ale z konieczności – jako opiekunowie prawni dziecka, które podlega obowiązkowi szkolnemu.

Tam otrzymują określone obowiązki i uprawnienia, ustalone przez wewnętrzne regulacje i szkolny obyczaj. Zakres zarówno obowiązków, jak i uprawnień nie jest duży, bowiem szkoła, oparta o pracę profesjonalistów nadzorowanych przez administrację państwową, uznana jest za instytucję w znacznej mierze samowystarczalną. Rodzice pozostają zatem niemal całkowicie poza obszarem codzienności szkolnej i nie mają możliwości jej kształtowania, ale mile widziana jest ich pomoc w realizacji niektórych elementów szkolnego scenariusza (co bywa określane mianem „wolontariatu na rzecz szkoły”) lub zbieżne z nim inicjatywy (co z entuzjazmem określa się „partnerską współpracą”); tolerowane są również rodzicielskie interwencje, o ile nie pociągają za sobą znaczących zmian w szkolnym porządku.

Jeśli w tym skrótowym opisie udało się nam trafnie opisać rolę, jaką otrzymuje do realizacji polski rodzic dziecka w wieku szkolnym, to jest ona fantazyjnym kolażem niespójnych elementów. Przymus splata się tu z dobrowolnością, podporządkowanie z partnerstwem, zaangażowanie z marginalizacją. Odgrywanie tak skonstruowanej edukacyjnej roli przez tysiące polskich rodziców jest dowodem na istnienie wielkich pokładów ich dobrej woli, a także na przemożną siłę społecznej adaptacji. Rola ta nie ma bowiem głębszego sensu ani szczególnej wartości, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym. Jest wynikiem historycznego nawarstwienia się różnych sposobów postrzegania rodzica na przestrzeni dwóch ostatnich stuleci, gdy narodziło się i rozwijało szkolnictwo publiczne. Przyjrzyjmy się pobieżnie temu procesowi.

U zarania szkolnictwa publicznego – w wieku XIX, głównym zadaniem większości rodziców była realizacja zobowiązania nałożonego na nich przez państwo: „posłanie” dziecka do szkoły w odpowiednim momencie i nadzór nad jego regularnym przebywaniem w jej murach, aż do zakończenia wymaganego obowiązkiem szkolnym okresu. Podobnie jak w innych specjalistycznych, wewnętrznie złożonych instytucjach powstających w tym czasie, przeciętny rodzic był w szkole swego rodzaju petentem – choć spodziewanym, to witanym bez entuzjazmu. Pojawiał się on ze swoją „sprawą” (dzieckiem), licząc, że zostanie ona ostatecznie „pozytywnie załatwiona” (dziecko odbędzie z sukcesem obowiązkową edukację). Poddawany był przy tym, podobnie jak jego dziecko, surowej dyscyplinie biurokratycznej organizacji opartej o regulamin, procedurę i hierarchiczną strukturę.

Istotna zmiana postaci edukacyjnej roli rodzica nastąpiła dopiero w drugiej połowie XX stulecia, na fali dynamicznego rozwoju zachodniej gospodarki i upowszechniania się wzorów myślenia ekonomicznego. „Petent” przeobraził się w lepiej przystającą do nowych realiów rolę „klienta”. Nadanie szkole cech przedsiębiorstwa usługowego, a rodzicom cech usługobiorców, trwało dziesięciolecia, w Polsce jednak nastąpiło dość gwałtownie, wraz z upadkiem socjalistycznego państwa. Czym odznacza się rola rodzica-klienta? Rodzic zjawia się w szkole w poczuciu dobrowolności (edukacja jako żywotny interes dziecka), często – zwłaszcza w środowisku wielkomiejskim – ma też możliwość wyboru placówki. Szkoła w tej perspektywie świadczy określoną usługę, której jakość jest poddawana przez rodzica ocenie. Rodzic-klient pozostaje nieaktywny, gdy szkoła spełnia jego oczekiwania, aktywizuje się zaś wtedy, gdy doznaje zawodu. Rodzice podejmujący rolę klienta zyskują możliwość „głosu” i podejmowania aktywności wymykającej się szkolnym regulacjom, jednocześnie jednak zyskują przekonanie, że ich aktywność jest niepożądanym wyjątkiem od reguły bierności, egoistyczny profil tej aktywności jest całkowicie uzasadniony, podobnie, jak fragmentaryczna wiedza o „przedmiocie usługi”, jaką jest szkolna edukacja.

Istnieje też trzeci sposób widzenia roli rodzica w szkole, który – w naszej opinii – mógłby nadać jej większy sens i wartość. Jest to rola rodzica jako obywatela, zaczerpnięta z zupełnie innego niż „petent” i „klient” imaginarium społecznego. „Obywatelstwo” jest tu wyraziście osadzone w politycznym kontekście demokratyczno-liberalnym, a zwłaszcza w jego najnowszej partycypacyjnej postaci. W kontekście tym obywatelstwo wiąże się z poczuciem odpowiedzialności za los wspólnoty (tej narodowej i tej lokalnej) oraz postawą aktywizmu.

Przeniesienie pojęcia „obywatel” na grunt działania szkoły nie jest trudniejsze niż zastosowanie tam pojęcia „klient”, oba zresztą pojawiły się w polskiej szkole niemal jednocześnie. Zdawałoby się nawet, że rola rodzica-obywatela zyskała początkowo mocniejszą pozycję, zapoczątkowana została bowiem przez ustawowe powołanie do istnienia organów społecznych. Mimo to, jest ona najmniej oswojona kulturowo i spotyka się z największym oporem. Rodzic-obywatel „wtrąca się” w realizację szkolnego scenariusza na mocy definicji swojej roli – jako rzeczywisty członek szkolnej społeczności, w poczuciu odpowiedzialności za jej stan i  uprawnienia do działania na jej rzecz.

W pełni rozwinięta rola rodzica-obywatela ma szanse powodzenia zastąpić obecną ułomną hybrydę, posiada bowiem wyraziste pole odniesień symbolicznych, jest nasycona pozytywnymi wartościami i ma potencjał rozwojowy, który może przynieść rozmaite warianty jej realizacji. Są to mocne strony, które mogą wyzwolić wystarczająco intensywne i trwałe zaangażowanie rodziców, by pokonać stopniowo opór szkolnych mechanizmów instytucjonalnych i kulturowych. Chcemy jednak podkreślić, że skuteczne i trwałe wprowadzenie na szkolną scenę nowej rodzicielskiej roli wymaga nie tylko upowszechnienia i pogłębionego zrozumienia jej charakteru, ale fundamentalnej zmiany sposobu myślenia o szkole.

W naszym przekonaniu, właściwym kontekstem realizowania roli rodzica-obywatela jest szkoła, która nie przypomina ani racjonalnie zaprojektowanego publicznego urzędu, ani profesjonalnego przedsiębiorstwa. Termin, który mógłby ją – w naszej opinii – dobrze opisać, to „wspólnota życia”. Uczestnictwo w takiej wspólnocie wiąże się z realną podmiotowością wszystkich jej członków – zarówno dzieci, jak i dorosłych, zarówno profesjonalistów, jak i amatorów. Oznacza to uznanie bezwzględnej wartości każdej z tworzących ją osób, a także ich uprawnienie do wytyczania własnych celów, komunikowania ich i realizacji. Wspólnotowy wymiar szkolnego życia rozumiemy zaś jako czerpanie radości i poczucia bezpieczeństwa z codziennego fizycznego współbycia, tworzenie wartościowych relacji, wspólne uczenie się pogłębionej refleksji, podejmowania decyzji oraz różnych form poznawczego i praktycznego działania. Szkoła otwarta na obywatelską rolę rodzica to ponadto szkoła zakotwiczona w swoim otoczeniu społeczno – kulturowym i przyrodniczym, przeniknięta duchem kultury demokratycznej, posiadająca autonomię organizacyjną i programową.

W naszym kraju, póki co, taka szkoła nie istnieje. Czy oznacza to beznadziejność przedsięwzięcia, jakim jest dążenie do zmiany roli rodzica w szkole? To zależy, czy jesteśmy gotowi na wieloletni koncepcyjny, polityczny (ponadpartyjny) i organizacyjny wysiłek.


dr hab. Danuta Uryga – doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii (2002), doktor habilitowany nauk społecznych z zakresie pedagogiki (2014). Profesor nadzwyczajny Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, pracownik Wydziału Nauk Pedagogicznych (Katedra Polityki Edukacyjnej). Obszary zainteresowań naukowych: pedagogika społeczna, polityka edukacyjna, socjologia oświaty, socjologia kultury.

 Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej